swoimi refleksjami na temat bardziej ogólny, jednak wpływający także na jakość artystyczną prac fotograficznych, z którymi obcujemy. Zewsząd słychać narzekania na powszechny upadek gustów. We wszystkich opiniotwórczych (czy może raczej "opiniotwórczych", niestety) periodykach/programach/audycjach pojawiają się z dużą regularnością biadolenia, że płyty Dody sprzedają się lepiej niż Mykietyn czy Szymański. Albo, że wolimy chodzić do kina raczej na transformersów a nie na retrospektywę Bergmana.
odbiorcy. Pod jego kątem zaczęto układać programy galerii, playlisty w stacjach radiowych i wypełniać półki w księgarniach. W tym właśnie momencie - branża strzeliła sobie w stopę. Masowy odbiorca jest przecież tylko bytem statystycznym. Jego gust to jedynie wypadkowa gustów pytanych osób. Nie ma na świecie człowieka, który byłby w pełni zadowolony z tego, co ma niby być ofertą właśnie dla niego. Spotykam w życiu masę osób. Każda z nich ma ściśle określony poglądy i dokładnie wie, co jej się podoba.
zakusy niektórych korektorów wykreślających trudne zdania ". Przekonał się o tym na przykład wydawca płyty "Piano" Możdżera. Wcześniej był on znany jedynie w wąskim środowisku. Wybierano go co prawda na "pianistę roku" - ale w plebiscycie Jazz Forum głosuje niewiele ponad tysiąc osób. "Piano" ukazało się na rynku siedem lat po nagraniu. Taśma leżała w sejfie (w szafce?) przez siedem lat aż znalazł się ktoś, kto postanowił wyłożyć własne pieniądze na co. co "nie
miał pierwowzór literacki. Peter, Zuzanna, Edmund i Lucy dźwiękiem magicznego rogu zostają wezwani na powrót do Narnii. Okazuje się, że minęło kilkaset lat od ich ostatniej wizyty w tej krainie. Brak bajkowego klimatu, gra aktorska mnie nie przekonała i nawet efekty specjalne nie powalały - ot, wszystko było na miejscu, ale bez szału. No i chyba dla dzieci te. a w tym przypadku tak jest i to zdecydowanie. Niestety jak dla mnie to dalej tylko film na 6/10, nie bardzo wiem dlaczego bo i film zrobiony
Jej debiutancka książka jest jednak zdecydowanie bardziej niespójna wewnętrznie. Fakt, „Ból kamieni” koncentrował się na jednej historii i przede wszystkim na jednej osobie, babce autorki. I to było chyba łatwiejsze do przedstawienia. Agus próbuje opisać całą swoją rodzinę, dodaje do tego mnóstwo niekoniecznie czytelnych symboli, wikła się w religijne rozważania i usiłuje zachować tę samą tonację zarówno w wyrażaniu emocjonalnych wzruszeń, jak i w szczegółowych
Żadna z nich nie potrafi odnaleźć swojego miejsca na współczesnej mapie wydarzeń kulturalnych. Jeden z włoskich designerów pytany kiedyś o jego sposób na projektowanie mebli odpowiedział, że projektuje rzeczy, które podobają się jemu samemu. Bo jeśli trafiają w jego konkretny gust to jest szansa, że spodobają się jeszcze komuś. Gdyby zaś (do czego namawiają go księgowi) projektował rzeczy trafiające w gust przeciętny gust - skończyłoby się to katastrofą. Nie ma bowiem na świecie ani jednej osoby, której
Lemire najpierw wciąga czytelników, by w końcu ich wyzwolić. Myślę, że dobrze się stało, iż Milenę Agus poznaliśmy najpierw jako autorkę „Bólu kamieni”. Jej debiutancka książka już tak bardzo nie porywa, nie ma w sobie tej delikatności i subtelności, którą odnaleźć można na kartach wydanej przed rokiem przez W. Owszem, włoska pisarka nadal sugestywnie opisuje realia życia w Sardynii, nadal jest wyczulona na emocjonalne niuanse i nadal sprawnie buduje napięcie, opowiadając o uczuciach.
opisach praktyk sadomasochistycznych, którym oddaje się narratorka ze swym kochankiem. Wydaje się więc, że wszystkiego w tej książce jest za dużo – bohaterów, emocji, zdarzeń i opowieści. Jest to mimo wszystko książka, którą warto znać. Sardyńska familia Sevilla Mendoza to specyficzna grupa osób. Wszyscy żyją pozornie razem, ale tak naprawdę osobno. Każdy z członków rodziny znajduje się we własnym świecie przeżyć i te przeżycia rzadko mają okazję ze sobą skonfrontować.